Czasy przemiany ustrojowej przyniosły Polsce wiele dobrego, w tym anime. Choć wtedy spora część osób nie wiedziała jeszcze, że ma do czynienia z japońskimi dziełami.
Pierwsze anime emitowano w naszym kraju w latach 70. Polacy mogli zapoznać się wtedy m.in. z „Wickie, Syn Wikingów” („Chiisana Viking Vicke”) czy „Pszczółką Mają” („Mitsubachi Maaya no Bōken”), do tej pory kojarzoną z utworem zaśpiewanym przez Zbigniewa Wodeckiego. Ale prawdziwa złota era japońskich seriali przypadała w Polsce na ostatnią dekadę XX wieku, a wielka w tym zasługa niezbyt legalnie działającej stacji telewizyjnej Polonia 1.
Włoskie korzenie i powiązania z polityką

Rozpoczęła ona nadawanie 7 marca 1993 roku. I choć działa do dziś, to jest jedynie cieniem dawnej siebie. Założył ją pochodzący z Sardynii i nieżyjący już włoski biznesmen, Nicola Grauso. Udziały w niej miał także przyszły premier tego kraju – Silvio Berlusconi. Warto wspomnieć, że była to pierwsza stacja telewizyjna na terenie Polski w stylu zachodnim, w której programy były przerywane blokami reklamowymi.

Początki były fenomenalne – Polonia 1 szybko zdobywała popularność i krótko po starcie cieszyła się oglądalnością na poziomie 20% w prime time. Duża w tym zasługa amerykańskich seriali pokroju „MacGyvera” czy „Drużyny A” oraz obszernego bloku kierowanego do dzieci i młodzieży, którego spora część wypełniona była przez anime. Trzeba jednak zaznaczyć, że próżno było w nich szukać oryginalnego dubbingu. Właściciel miał bowiem prawa do włoskich wersji i takie też emitował w TV. Podobna sytuacja miała później miejsce z RTL 7 oraz francuskim „Dragon Ballem” oraz „Rycerzami Zodiaku”.
Natychmiastowy sukces, nawet mimo bycia starociami

Ramówka Polonii 1 cieszyła się sporą popularnością, ale nie były to najświeższe tytuły. Czy przeszkadzało to ówczesnym dzieciakom? W żadnym wypadku – nawet liczące sobie 20 lub 30 lat anime mocno się wyróżniały na tle kreskówek Disney’a czy naszych rodzimych tworów pokroju „Reksia” lub „Bolka i Lolka”. Spora ich część oferowała ciągłość fabularną pomiędzy odcinkami (co było dotychczas rzadkością), sporą dawkę przemocy, a nawet goliznę – coś wręcz oburzającego i niespotykanego w tamtych czasach.
Ale młodych widzów przyciągała przed ekrany jeszcze jedna rzecz – wpadające w ucho utwory otwierające poszczególne odcinki tych różnorodnych serii. Były one wykonywane przez włoski zespół I Cavalieri del Re. Powstał on na początku lat 80. i niemal cała jego działalność opierała się o tworzenie piosenek na potrzeby japońskich anime. W skład grupy wchodził charyzmatyczny lider Riccardo Zara, jego żona Clara Maria Teresa Serina, syn Jonathan Samuel Zara oraz szwagierka Guiomar Serena Serina. Wszyscy zajmowali się śpiewem, a zespół uzupełniali perkusista Walter Scebran oraz gitarzysta Gino Panariello.

Nazwa grupy pochodzi od ich pierwszego wielkiego hitu – „La spada di King Arthur”, nagranego na potrzeby anime „King Arthur and the Knights of the Round Table” („Entaku no Kishi Monogatari: Moero Arthur”). Był on tak popularny, że włoscy widzowie nie ograniczali się jedynie do słuchania go w czasie emisji kreskówki ale tłumnie ruszyli do sklepów kupować album na którym się znajdował. Sprzedał się on w liczbie przekraczającej 300 000 sztuk i przebił się do pierwszej 20. najpopularniejszych piosenek 1981 roku we Włoszech.
Złoty okres, a wszystko dzięki… wrestlerowi
Sukces singla poskutkował zaangażowaniem grupy w szeregu kolejnych produkcji. Stworzyli oni czołówki do takich anime jak „Devilman”, „Tygrysia Maska” („Tiger Mask”), „Gigi” („Dashu Kappei”) czy „Sally czarodziejka” („Mahō-tsukai Sarī”). Ta ostatnia jest szczególnie warta uwagi, gdyż jest to najstarsze anime emitowane kiedykolwiek w Polsce. Serial powstał w 1966 roku i jest prekursorem gatunku mahō-shōjo na równi z „Czarodziejskim zwierciadełkiem” („Himitsu no Akko-chan”) z 1969 roku, które również pojawiło się w Polonii 1.
Jednak to seria o wrestlerze w masce tygrysa cieszyła się największa popularnością. Utwór „L’Uomo Tigre” do tej pory potrafi się pojawić jako tło muzyczne na YouTube. Ale to nie wszystko. W 1976 roku w Japonii w lidze New Japan Pro-Wrestling wystąpił Satoru Sayama, zawodnik dla którego inspiracją stała się główna postać tego anime. Seria stała się też wzorem dla studia Capcom i występującej w ich serii bijatyk „Tekken” postaci Kinga – wojownika, który toczy pojedynki po to, by wspierać lokalne sierocińce.
W czasie gdy wspomniane serie emitowano we Włoszech popularność I Cavalieri del Re tylko rosła. Zespół był zapraszany do programów telewizyjnych, a Riccardo Zara zajął się również produkcją dla innych artystów. Wśród nich warto zwrócić uwagę na Nevio Russo, Graziellę Caly, Tizianę Rivalę czy Armando Stulę. Odpowiadał też za stworzenie i wypromowanie kilku grup z nurtu Italo Disco, m.in. Chikano, Italian Disco Dance oraz Tukano. Nie trzeba było jednak długo czekać, aby wrócił do tego co kochał najbardziej – anime.
„Time Bokan” to seria anime która nigdy nie stała się u nas hitem i dostępna była jedynie na kasetach VHS. Co innego w przypadku jej spinoffów – „Yattamana” („Yattāman”) i „W Królestwie Kalendarza” („Yattodetaman”). Te były oczywiście emitowane na Polonii 1, a czołówki do nich stworzyli Włosi. Na uwagę zasługuje zwłaszcza pierwsza z nich, której utwór otwierający został przetłumaczony oraz wykonany przez Janusza Kozioła. I chociaż anime powstało w 1977 roku, to w Japonii dalej cieszy się popularnością dzięki kolejnym animacjom, filmowi pełnometrażowemu czy luźno bazującemu na nim aktorskiemu serialowi „Doronjo” z 2022 roku. Ale nie tylko – wizerunki postaci z serii często pojawiają się na automatach do pachinko, a w sklepach pełno jest figurek i gadżetów z nim związanych.
Niczym supernowa – jasno, ale krótko

Stopniowo jednak angażowano I Cavalieri del Re do coraz mniejszej liczby anime, a popularność zespołu stale spadała. W 1984 roku grupa wydała jeszcze album z piosenkami bożonarodzeniowymi „Baby Christmas Dance”, który okazał się na tyle dużym sukcesem, że doczekał się aż pięciu reedycji. W tym czasie pracowano też nad składającym się z autorskich piosenek „Album di famiglia” oraz „C’erano una volta i Beatles”. Te nie zostały jednak oficjalnie wydane ze względu na malejące zainteresowanie.
W 1986 roku zespół został oficjalnie rozwiązany. Clara Serina stwierdziła w jednym z wywiadów, że nie była to łatwa decyzja i grupa nadal chętnie by tworzyła. Problemem jednak była spółka holdingowa Finanziaria di Investimento, w której spore udziały ma wspomniana wcześniej rodzina Berlusconi. Kupowała ona japońskie produkcje w masowej ilości, ale tworzenie piosenek zlecała należącej do niej wytwórni Five Record – bezpośrednio kontrolowanej przez Silvio Berlusconiego. Innymi słowy I Cavalieri del Re padli ofiarą politycznych gierek, chociaż sami piosenkarze nigdy nie przyznali tego wprost.

Początek nowego tysiąclecia we Włoszech stał jednak pod znakiem nostalgii. Stworzone przez grupę utwory ponownie zaczęły cieszyć się popularnością, co zaowocowało reaktywacją. Zespół pojawiał się w mediach, koncertował, a niewydane wcześniej albumy ujrzały światło dzienne dzięki potędze internetu. I Cavalieri del Re ponownie aktywnie tworzyło w latach 1998-2007. A mimo sędziwego wieku nawet dziś zdarza im się występować na żywo – choć już jako trio, bo Clara Serina oficjalnie przestała być członkiem zespołu w 2022 roku.
W 2024 roku na rynek trafiła napisana przez Riccardo Zarę książka „I Cavalieri del Re. La vera storia” opisująca historię grupy od jej skromnych początków. I chociaż jest to pozycja bardzo ciekawa, to niestety brak tłumaczenia na inny język niż włoski sprawia, że ciężko przebić się jej poza półwysep – co jest niewątpliwą stratą dla wszystkich, którzy pierwszą połowę lat 90. w Polsce kojarzą przede wszystkim z emitowanymi na Polonii 1 anime.

Najnowsze Komentarze